Jednodniówka do Londynu – relacja i przydatne informacje

Londyn chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu. Ostatnio byłam tam w 2007 roku i od paru miesięcy marzyłam żeby tam wrócić i zobaczyć jak się w tym czasie zmienił. Już od jakiegoś czasu szukałam okazji  i tanich lotów i we wrześniu tego roku trafiłam na tweeta fly4free:

Zainteresowała mnie ta oferta gdyż po pierwsze wylot był z samego rana, a po drugie mogłam spędzić na miejscu ponad 12 godzin. Oczywiście ideałem byłoby spędzić w Londynie więcej czasu, ale noclegi nie należą do najtańszych, więc zdecydowałam się na jednodniówkę. Nie zastanawiam się długo i zarezerwowałam bilety dla siebie. Moim celem było ponownie przejść się Oxford Street, zobaczyć Buckingham Palace i Soho oraz Katedrę Św. Pawła i London Bridge. Zaopatrzyłam się w mapę Londynu i wcześniej przez kilka tygodni analizowałam szlaki, którymi mogłabym się poruszać. Życie jednak napisało inny scenariusz, ale o tym w dalszej części tekstu. Na końcu znajdziecie także ciekawe wskazówki.

Rozkład lotów

Jednodniówka po Londynie - samoloty
Jednodniówka po Londynie – samoloty

 

Parking na Ławicy

Jako, że nie miałam jak się dostać na lotnisku tak wcześnie rano, zarezerwowałam miejsce parkingowe na Ławicy. Wybrałam parking P1 zaraz przy terminalu. Kosztował mnie 50 zł za 22 godziny postoju. Zarejestrowałam się przez Internet, ale okazało się, że nie było takiej potrzeby, gdyż nikt tego nie sprawdzał, a przy wjeździe i tak trzeba było pobrać bilet. Za bilet płaci się w automacie przy wejściu na parking od strony terminalu. Wbrew temu, co było napisane na bilecie, można płacić kartą.

Można oczywiście wybrać inny parking buforowy, ale wolałam dopłacić 20 zł i mieć pewność, że nie będę miała problemu z dodatkowym dojazdem na lotnisko z takiego oddalonego od lotniska parkingu. Coś za coś.

Kontrola na lotnisku przeszła sprawnie (miałam tylko plecak jako bagaż podręczny) i o 7.20 Londyńskiego czasu wylądowałam na lotnisku. Nigdy nie byłam na Luton i zdziwiłam się jak małe jest to lotnisko. Całkowity czas przejścia z samolotu do wyjścia zajął mi około 7 minut. Paszport biometryczny się przydał.

 

Transfer do Centrum

Zachęcona przez Fly4free, wybrałam EasyBus. Początkowo cena biletu wynosiła £3,95 w jedną stronę, natomiast tak długo się zastanawiałam, którą godzinę wybrać, że w końcu za bilety zapłaciłam 10 funtów. Nauczka na przyszłość. Podróż zajęła ponad 1h 30 minut ze względu na korki. Ja jechałam do stacji Victoria Station, ale gdybym wybrała np. Oxford Street, zaoszczędziłabym około 20 minut. Warto więc wysiąść wcześniej.

 

Jednodniówka po Londynie – czas start

Pierwszy etap na mojej liście to Buckingham Palace. Jak zwykle sporo ludzi i wszyscy z selfie-stickami – nie moja bajka, idę dalej :-) Ulicą Birdcage Walk obok St. James’s Park przeszłam do Big Bena i Westminster. Na tym etapie spaceru miałam cały czas uśmiech na twarzy. Pogoda była super (pochmurno, ale sucho i ciepło), sporo biegaczy i spacerowiczów. Trafiłam też na pochód konny. Wtedy marzyłam tylko, aby wypić kawkę i chodzić, chodzić, chodzić.

Jednodniówka po Londynie
Buckingham Palace

 

Jednodniówka po Londynie
Okolice St. James’s Park

Jednodniówka po Londynie
Westminster

Nie ukrywam, że na liście rzeczy do zobaczenia było też kilka sklepów m.in. TK Maxx, M&M’s Store, Marks & Spencer i Primark. Przy Trafalgar Square weszłam do Tesco Express i nabyłam kanapki na śniadanie i jakieś orzeszki na przekąskę. Dalej kierowałam się w okolice Covent Garden i tak się pogubiłam, że trafiłam do miejsca, gdzie było skupionych wokół pełno sklepów (coś jak otwarte centrum handlowe), m.in. Apple Store i Dior. (https://www.coventgarden.london/)

Jednodniówka po Londynie
Covent Garden

Stamtąd szłam Floral Str. i trafiłam do sklepu M&M’s. Chciałam sobie kupić coś słodkiego na przegryzienie, ale kolejki do kasy i jedna kasjerka skutecznie mnie odstraszyły. Jako, że liczył się dla mnie czas, nie mogłam pozwolić do tracić na stanie w kolejkach po rzeczy, które tak naprawdę były zbędne. Potem krótki odpoczynek przed fontanną przy Leicester Square Garden i kierowałam się na Piccadilly Circus. Naszły mnie wspomnienia, bo wiele się tam zmieniło.

Jednodniówka po Londynie
Leicester Square Garden

W Londynie byłam około tydzień przed pojawieniem się na ulicach świątecznych ozdób. Żałuję, że nie mogłam tego widzieć. Na dodatek było bardzo pochmurno, więc zdjęcia również nie powalają jakością.

Jednodniówka po Londynie
Regent Street

Jednodniówka po Londynie
Oxford Street

Jednodniówka po Londynie
Primark

Oxford Street przeszłam w jedną i drugą stronę. Oczywiście wizyta w Primarku, którym się mocno rozczarowałam. Trafiłam za to na księgarnię Waterstones, gdzie widziałam piękne kalendarze, notesy i akcesoria do książek. Miód na moje oczy :-)

Jednodniówka po Londynie
Waterstones

I’m lost

Kolejny etap wycieczki miał obejmować spacer po Soho, a następnie poprzez Fleet Str. miałam pokierować się do Katedry Św. Pawła i dalej do London Bridge, ale przez te wszystkie emocje nieco się pogubiłam i musiałam zmienić plany. Nie ma co również ukrywać, że nogi dawały mi w kość. Wszędzie chodziłam pieszo i byłam na nogach od 4.30 – to wszystko sprawiło, że zapomniałam o pewnych celach mojej wycieczki i potem musiałam się wracać do Soho, które przez przypadek ominęłam.

Warto wspomnieć, że wszędzie na ulicach Londynu znajdują się słupy z mapami pokazującymi gdzie jesteś i jak daleko jesteś w stanie dojść w 5 minut. Wszystko byłoby super, ale przy takim zagęszczeniu ulic w Londynie i fakcie, że te mapy na słupach były z obydwu stron takie same, czasem trudno było się połapać, gdzie naprawdę się stoi. Ulica, którą widzisz na mapie, mogła być jednocześnie z tyłu i z przodu. Dodatkowo mapa w telefonie przestała mi pokazywać nazwy ulic i nie mogłam połączyć się z żadnym wifi, aby ją ściągnąć. Dodajmy do tego zmęczenie materiału i masz – zgubiłam się. Byłam oczywiście cały czas w Centrum, ale ciągłe zatrzymywanie się, aby poszukać wifi lub ogarnąć lokalizację sprawiły, że straciłam sporo czasu.

Około godziny 15.30 znalazłam Starbucksa i kupiłam sobie dużą Caramel Macchiato. Na co dzień bym jej nie wypiła, ale byłam zmęczona, głodna i trochę zdezorientowana. Słodka kawa przywróciła mi siły i dalej mogłam zwiedzać zgubione wcześniej Soho :-)

Jednodniówka po Londynie
Zrobili ze mnie Sonię :-)

Spacer wzdłuż Tamizy

Gdy już wiedziałam, że nie dojdę do London Bridge, zdecydowałam się zrobić na sam koniec mimo wszystko spacer wzdłuż Tamizy, aby choć trochę poczuć ten klimat. Z Piccadilly Circus kierowałam się Northumberland Avenue na most nad Tamizą. Przeszłam na drugą stronę rzeki i poszłam w stronę London Bridge. Wtedy już czas mnie gonił i po dojściu za Waterloo Bridge, zmieniłam kierunek i wracałam w stronę Westminster Bridge (Big Bena). Obok London Eye wstąpiłam na fish&chips, ale to nie była dobra decyzja. 8 lat temu to danie jedzone prosto z ulicy było smaczniejsze.

Jednodniówka po Londynie
London Eye i Tamiza

Warto wspomnieć, że na lotnisko chciałam wrócić już autobusem odjeżdżającym o 18. Pomimo, że do odlotu o 21 miałam sporo czasu, wolałam być wcześniej na lotnisku, niż denerwować się, gdybym miała mieć problemy po drodze (brak autobusu, jego zepsucie na drodze, itp.).

Przystanek początkowy odjazdu autobusu znajduje się nieco dalej niż przystanek metra Victoria. Warto sprawdzić to wcześniej, aby na ostatnią chwilę nie szukać swojego autobusu. Znaki bez problemu kierują w stronę przystanków, które przypominają trochę dawny dworzec PKS, z tym, że są zadaszone. Autobusy EasyBus odjeżdżają z ostatniego przystanku i trzeba być asem, aby tam nie trafić. Kierowcy już po wejściu do autobusu informują dokąd on odjeżdża i że jeżeli chcemy jechać na Stansted, musimy się przesiąść :-) Dodam, że autobus, którym jechałam pełen był Polaków. No cóż :-) Dojazd na lotnisko zajął nieco ponad godzinę. Szybka kontrola i odprawa paszportowa i miałam ponad 1h 30 min oczekiwania na swój samolot. W Poznaniu wylądowałam 20 minut po północy, a przed 1 byłam w domu.

Jednodniówka po Londynie - Victoria Coach Station
Victoria Coach Station

Podsumowanie

W Londynie zrobiłam ponad 21 km (według Garmina). W sumie tego dnia zrobiłam 28 km (według Fitbita). Pod koniec dnia wracając na lotnisko stwierdziłam, że idealnie byłoby zostać choć na jedną noc i wrócić kolejnego dnia. Niemniej wyjazd uważam za bardzo udany, bo udało mi się poczuć klimat Londynu i odświeżyć wspomnienia sprzed kilku lat. Tak wyglądała moja trasa:

Jednodniówka po Londynie - mapa spaceru
Jednodniówka po Londynie – mapa spaceru

 

Fitbit - Londyn 28km
Fitbit – Londyn 28km

Koszty

Cena biletu lotniczego: 212 zł* (dopłaciłam za Priority Boarding w powrotną stronę 12 zł)

Cena biletu autobusowego EasyBus: 58 zł**

Kanapki, kawa: 8 funtów, ok 46 zł.

Parking na Ławicy: 50 zł.

Wydałam niewiele więcej niż gdybym jechała pociągiem pierwszą klasą do Warszawy; taka prawda.

 

Wskazówki

Warto mieć ze sobą paszport biometryczny. Dzięki niemu unikniemy stania w kolejce po wylądowaniu w Londynie i szybko przejdziemy kontrolę automatyczną. Pozwala to zaoszczędzać kilkanaście minut.

Bagaż podręczny zdecydowanie przyspiesza poruszanie się po lotnisku. Im mniej tym lepiej :-) Ja w plecaku miałam jedynie chusteczki i coś do jedzenia na początek dnia. Dokumenty i pieniądze trzymałam pod kurtką w pasie służącym na co dzień do biegania. Na miejscu zaopatrzyłam się tylko w wodę i coś do jedzenia, aby nie zaplątał mi głowy głód podczas wycieczki.

Bilet autobusowy EasyBus kupiłam na godzinę 8:10 (planowe lądowanie o 7:20), natomiast faktycznie wsiadłam do autobusu o 7:28 i o 7:30 wyruszyłam w drogę do Centrum. To prawda, że nie ma problemu, jeśli chcesz pojechać wcześniejszym autobusem – nikt nie patrzy na godzinę, a jedynie na sam fakt, że masz bilet. Stanowisko EasyBus (numer 10) znajduje się zaraz przy wyjściu z terminalu. Trudno go przegapić. Warto usiąść z przodu autobusu, aby wifi działało :-)

Google Maps umożliwia zapisywanie map offline. Warto zapisać sobie mapę miejsc, które chcemy zwiedzić, by na bieżąco wiedzieć gdzie się znajdujemy.

 

* Nie należę do WizzAir Discount Club, więc płaciłam regularną kwotę za bilet. Dopłaciłam 12 zł za priority boarding w powrotną stronę.
** Minimalna kwota biletów w 2 strony to niecałe 8 funtów, czyli 42 zł.

Lista zakupów – październik 2015

Jak wiecie z poprzednich postów, moje życie zakupowe tym roku mocno się ograniczyło. Nie oznacza to oczywiście, że nie chciałabym czasami czegoś dokupić. Zmiana wyglądu i nowe spojrzenie na świat, które pojawiło się w tym roku, widać również na liście rzeczy, które chciałabym nabyć.

Po pierwsze są to rzeczy zdecydowanie eleganckie lub na takie wyglądające. Nie ma tu dziwnych faktur lub słabej jakości tkaniny lub materiału. Kiedyś kupiłabym 3 bluzki, a tylko jedną bym nosiła. Te rzeczy poniżej to tak naprawdę kwintesencja mojego nowego stylu, nad którym ciągle pracuję. Są na tyle uniwersalne, że pasują do różnych zestawów ubrań.

Po drugie są to rzeczy uniwersalne. Czerń, srebro i płaskie buty nigdy nie wyjdą z mody. Jednego lata wszyscy bardziej obwieszają się złotem, ale kolor srebrny i tak prędzej czy później wraca do łask. Lubię, gdy rzeczy, które kupuję pasują do wielu innych ubrań, które już posiadam.

Moja jesienna lista zakupowa

vanille-wishlist102015

 

1. Zegarek Obaku // 560 zł 2. Czarna bluza Urban Classics, Zalando // 129 zł 3. Damska koszula Wólczanka // 199 zł 4. Półbuty Ecco Aimee // 449,90 zł 5. Bransoleta Apart, kolekcja Elixa // 149 zł 6. Pierścionek Apart, kolekcja Elixa // 79 zł

 

Czarna bluza to rzecz, której szukam od dawna. Lubię, gdy materiał jest zbity, co daje poczucie ciepła. W sklepie na razie jeszcze nie udało mi się znaleźć, a w internecie mam lekkie obawy przed zakupem.

Zegarek Obaku zobaczyłam pierwszy raz na wystawie sklepu. Od razu wpadł mi w oczy. Z tego co wiem nie jest to popularny model, ale nadal można go kupić w kilku sklepach internetowych.

Koszula Wólczanki to dla mnie hit. Czarna koszula w kropy pasuje do czarnych spodni, granatowych jeansów i spódnicy. Już wiosną Wólczanka wypuściła kolekcję koszul np. w arbuzy. Świetny pomysł.

Płaskie obuwie Ecco: już wyobrażam sobie to przyjemne uczucie. Wyglądają porządnie i na pewno są bardzo wygodne. A teraz dodatkowo w promocji.

Bransoleta i pierścionek Elixa. Takiej bransolety jeszcze nie mam, ale przymierzałam ją w salonie i wygląda zachęcająco. Szkoda, że nie nadaje się na co dzień, gdyż rzuca sie mocno w oczy. Pierścionek to już zupełnie coś innego. Lekki, czarny. Pięknie wygląda przy czerwonych paznokciach.

Teraz tylko pojawia się dylemat: co kupić pierwsze?

Czas na jesienne porządki w szafie

Chyba udało mi się zdążyć przed pierwszym śniegiem (w Poznaniu jeszcze nie pada) :-)

Wczoraj zakończyłam jesienne porządki. I czuję się z tym wyśmienicie. Od kilku lat przeznaczam jedno popołudnie wiosną i jesienią i chowam/wyciągam z szafy ciuchy, myję i chowam buty i robię selekcję. Wczorajsze porządki były o tyle ważne, że po raz kolejny pozbyłam się za dużych ciuchów. Na początku tygodnia wróciłam z wakacji na południu Europy, gdzie temperatura sięgała 27 stopni, więc już we wrześniu czekałam na ten moment po powrocie, gdy wreszcie pochowam letnie topy i krótkie spodenki do szafy.

Już w trakcie pakowania się na wyjazd wakacyjny postanowiłam, że część rzeczy z którymi chcę się rozstać, wezmę na wyjazd i je pozostawię na miejscu. W ten sposób pozbyłam się 2 bluzek, 2 spodni i części bielizny. Walizka przy powrocie była lżejsza o niemal kilogram. Radość ;-)

W tym roku chodziłam praktycznie w jednych klapkach. Kupione na Zalando firmy Gabor okazały się strzałem w dziesiątkę. Szukałam klapek bez obcasa, czarnych i prostych. Nie znałam tej firmy, ale zaryzykowałam i się opłaciło. Przy wymianie odzieży pozbyłam się przy okazji 3 par klapek, które nabyłam pewnie z 3-4 lata temu w Deichmanie i od 2 lat nie miałam ich na nogach. Letnie obuwie zamieniłam na 2 pary mokasynów i botki. Zapewne te oraz obuwie sportowe, które noszę na spacerach z psem, posłużą mi, aż nie zrobi się biało.

 

1. Lewa góra: Lordsy Ecco stara kolekcja, podobne tutaj  // 299 zł 2. Lewa dół: Mokasyny Ecco stara kolekcja, podobne tutaj // 299 zł 3. Prawa: Botki Ecco, stara kolekcja // 299 zł

 

Przechowywanie odzieży

Od kilku lat korzystam z worków do przechowywania odzieży. To te worki zamykane odkurzaczem i zmniejszające swoją objętość. Co jakiś czas są one dostępne w promocjach w Biedronce lub Aldi, a także stale na Allegro. Z dumą muszę przyznać, że w tym roku zeszłam do jednego worka :-) Wcześniej zwykle oscylowało to między 3, a 4. Worki takie ratują życie, naprawdę. Zimą wrzucam kurtki, szaliki (mam ich sporo – moja słabość), rękawiczki i swetry do takiego worka, zamykam na górze szafy i zapominam o ich istnieniu. Od lat zdarzało się tak, że po sezonie zaglądałam do środka i przypominałam sobie ile jeszcze ja mam ciuchów o których nie pamiętam. Obecnie schodzę do takiej ilości, którą mieszczę w pamięci. Znowu radość. A co.

Wiadomo, że letnie rzeczy zajmują o wiele mniej miejsca, co nie zmienia faktu, że po zmianie sylwetki bardziej ochoczo podeszłam do tematu wyrzucenia starych ciuchów, które „może się jeszcze przydadzą”. Otóż nie. Nie przydadzą się, bo skoro w nich nie chodziłam wcześniej to raczej teraz już nie będę. Dlatego w tym roku więcej wyrzuciłam niż kupiłam.

Worki kosztują kilka złotych, a można w nich schować naprawdę wiele rzeczy. Nie dostaną się tam żadne zewnętrzne „elementy” i nie zaczną brzydko pachnieć. Dla osoby nieposiadającej dużej przestrzeni do przechowywania lub po prostu dbającej o swoje otoczenie, to jest to tzw. „must have„.

 

Wymiana garderoby po odchudzaniu

Cześć odzieży nie była noszona z prozaicznego powodu: była na mnie za mała. Obsesyjnie kupowałam bluzki i swetry, które do mnie nie pasowały albo źle wyglądały na rozmiarze 44. Niestety taka jest prawda, że na szczuplejszym ciele odzież wygląda lepiej. Ku mojej radości wyciągnęłam z worków 3 piękne swetry, które wcześniej wyglądały na mnie jakby ktoś w nie wcisnął worek ziemniaków, a teraz przyjemnie mnie otulają ;-) Tylko ten, kto schudł kilka lub kilkanaście kilogramów będzie wiedział o czym mówię. Przy okazji diety pozmieniało się coś również w mojej głowie. Kupuję o wiele mniej, a zakupy są wreszcie porządnie przemyślane. Dzięki temu choć znowu dzisiaj otrzymałam 2 maile o wyprzedażach m.in w Top Secret (uwielbiam!), wyrzuciłam je do kosza. Najpierw muszę się nanosić tej odzieży, która wcześniej źle na mnie wyglądała.

 

Mój ulubiony sklep

Od pewnego czasu jednym z moich ulubionych sklepów jest Greenpoint. Firma, która posiada odzież w bardzo dobrej jakości, w świetnej cenie. No i te fasony. Mają bluzeczki w paski, proste topy i delikatne sweterki. Kupuję u nich regularnie i muszę się niestety powstrzymywać, gdyż fasonów jest tyle, że głowa mała. Swego czasu nakupowałam również przepiękne delikatnie chustki i szale. Jesienią i zimą noszę je praktycznie do wszystkiego. Serdecznie Wam polecam; często mają promocje, które podsyłają na maila (newsletter to czasami dobra rzecz). Mój drugi ulubiony sklep to Top Secret. Również świetna jakość produktów i warto polować na przeceny.

 

Udanej jesieni :-)

 

*To nie był post sponsorowany przez Ecco, Top Secret i Greenpoint :-) Po prostu lubię te marki :-)

Moje podsumowanie lata 2015

Od pewnego czasu zapałałam miłością do lata. Tak po prostu. Lato to słońce, które powoduje, że żyć się chce, energia do działania, dobre pomysły, świeże owoce i wyjazdy. Nauczyłam się nie narzekać na upał i gorączkę, gdy jest nieznośnie ciepło i gdy mi źle, przypominam sobie, gdy mi marzną ręce jesienią i zimą. Po prostu przestałam o tym myśleć i przyjęłam do wiadomości, że jest lepiej, gdy jest cieplej niż zimniej :)

To lato było dla mnie wyjątkowe. Od paru dni zastanawiam się co zrobić, aby również jesień i zima takie się stały. Zanim jednak pójdę dalej, małe podsumowanie wakacji.

Podsumowanie lata 2015

Podsumowanie lata

  • Tego lata oszalałam na punkcie aktywności fizycznej. Tak jak rok temu wszędzie przemieszczałam się skuterem, w tym roku przerzuciłam się na rower, który był moim głównym środkiem lokomocji. Biblioteka, wypad rekreacyjny, weterynarz czy spotkania; jeżeli tylko mogłam, wszędzie jechałam rowerem.

Aktywność rowerowa podsumowanie lata - 2015

  • Rolki – wróciłam do moich ukochanych rolek. Zaangażowałam się w działania Social Media dla poznańskich przejazdów Night Skating i na 5 przejazdów, udało mi się uczestniczyć w 4. W tym sezonie jeszcze jeden lub dwa przed Nami. Przy okazji warto wspomnieć o Centrum Sportów Wrotkarskich, którego projekt dostał się do etapu głosowania w Budżecie Obywatelskim. Każdy mieszkaniec Poznania od 1-12 października może zagłosować na ten projekt. Osobiście mocno polecam. Aktualne informacje znajdziecie na Facebook’u.
  • Pod koniec września udało mi się zakończyć moje wyzwanie czytelnicze na ten rok. Skończyłam czytać 50 książek, a w planach oczywiście kolejne. Mój Kindle zyskał również nowe ubranko ;-)
  • W sierpniu udaliśmy się na Targ Śniadaniowy do Parku Wodziczki. Zawsze miałam to w planie, ale nigdy nie było okazji. Być może we wrześniu jeszcze tam wrócimy.
  • Miałam przyjemność uczestniczyć w dwóch edycjach Grand Prix na żużlu – w Warszawie (12 biegów zawsze coś ;-) ) oraz w Gorzowie Wielkopolskim pod koniec sierpnia.
  • Spędziłam kilka spokojnych dni w Pałacu w Mierzęcinie. Idealna odskocznia od codzienności. Rower, spacery z Reksem i próbowanie nowych bezmięsnych potraw. Więcej niczego nie potrzebuję w takim miejscu.
  • W maju spędziliśmy tydzień w Portugalii i odwiedziliśmy Lizbonę.
  • Udało mi się nie przytyć ;-) A tak na serio zawsze wydawało mi się, że latem się najłatwiej chudnie. Teraz już wiem, że to bzdura :-) Moim głównym grzechem były lody, które pochłaniałam w bardzo dużych ilościach. Starałam się dbać o to co jem i kupowałam sporo owoców i warzyw. Duża aktywność fizyczna pomogła mi w utrzymaniu wagi, którą osiągnęłam już w maju. Wisi nade mną widmo tych 5 kilogramów, które jeszcze chcę zrzucić, ale liczę, że bieganie do którego wróciłam pomoże mi w osiągnięciu tego celu jeszcze do końca tego roku.
  • 22 czerwca zrezygnowałam z jedzenia mięsa. Za chwilę miną 3 miesiące od tego momentu.
  • Na początku lipca obcięłam włosy na krótko. Od dawna o tym myślałam, ale czekałam również na moment, gdy uda mi się osiągnąć pewną wagę. Pyzata buzia nie chodzi w parze z krótkimi włosami.

Wow, sporo tego :-)

Odpuść sobie – czyli życie po 30 jest fajne

Zawsze mi się wydawało, że trzydziestka na karku to taki magiczny okres w życiu kobiety. Nawet kończąc osiemnastkę nie byłam aż tak do tego przekonana jak właśnie rok temu. Czułam, że to jakiś moment przełomowy; że nagle wszystko się zmieni. Całe lata nie mogłam zdecydować się na tatuaż, a pod koniec 29 roku życia zaczęłam wreszcie szukać wzoru, aby zdążyć do urodzin. W końcu jak nie teraz to kiedy? Później będę starszą Panią ;-)

No i nadszedł ten dzień oraz kolejne miesiące w których nic się nie zmieniło. Nie stałam się ani mądrzejsza, ani bogatsza. Wracając teraz do wspomnień sprzed roku, mogę nawet powiedzieć, że „cofnęłam się w rozwoju”. Rok 2014 był dla mnie bardzo burzliwy. Zbyt wysokie wymagania wobec siebie powodowały frustrację i przygnębienie w pracy. To zaś sprawiało, że nie dało się w niej wytrzymać choćby kilku godzin. Dopiero o 15 zaczynałam oddychać, ale wtedy byłam już tak zmęczona, że po powrocie do domu leżałam cały czas na kanapie. Stres i brak jakiegoś instynktu samozachowawczego spowodował, że objadałam się byle jak i byle tylko coś jeść. Ciągle byłam głodna i ciągle jadłam. W lipcu osiągnęłam swoją maksymalną wagę.

W tym samym jednak czasie wydawało mi się, że wyglądam super. Długie gęste włosy, modna biżuteria. Dzisiaj patrzę na zdjęcia i wstyd mi. Tak zwyczajnie. Czyli jednak ta trzydziestka coś z człowiekiem robi. U mnie to jednak poszło zupełnie w złą stronę.

Pierwszy krok do zmiany

Po wakacjach we wrześniu zmieniliśmy w naszej małej dwuosobowej rodzinie nawyki żywieniowe. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to był początek wielkich zmian w moim życiu. Ktoś się może śmiać, ale dla mnie jedzenie jest lekarstwem. Każdego dnia odczuwam (pozytywne) skutki tej zmiany (nie diety, nie jestem na diecie ;-) ). Do tego dołożyłam ruch i dzisiaj, mogę się pochwalić nowym, chudszym o 17 kg ciałem. Ale w tym wpisie nie chodzi o przechwalanie się jakie to moje życie jest wspaniałe.

Życie po 30 jest fajne

Bo na początku nie było tak różowo. W grudniu zeszłego roku postanowiłam pozbyć się toksycznej pracy i założyć własną firmę. To była jedna z ważniejszych decyzji w moim życiu. Była ona świadoma i długo przemyślana. Własna firma to nie jest pikuś i codziennie uczę się być przedsiębiorcą. Nie żałuję jednak tego kroku, bo był on w całości mój.

Wreszcie zdobyłam więcej czasu na siebie. Zaczęłam czytać. Dużo czytać. Zaczęłam ćwiczyć. Biegam, jeżdżę na rowerze, rolkach i wrotkach. Gram w badmintona i spaceruję. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez ruchu.

Obcięłam włosy na krótko. Długie włosy miałam dla innych, którzy powtarzali: „nie ścinaj”, „szkoda”, „masz takie ładne włosy”. Sama wtedy czekałam na pochwały innych ludzi. Wiadomo, kobieta powinna mieć długie włosy. Więc miałam. Ale schudłam, ścięłam na krótko, czuję i wyglądam świetnie. Przestałam wreszcie spełniać oczekiwania innych ludzi. Moje włosy, moja decyzja.

Cała zmiana mojego wizerunku była krokiem milowym w stronę akceptacji siebie. A nauczyłam się jej dopiero w tym roku, czyli mając już 31 lat. Moje ciało nie jest idealne, ale dzięki uprawianiu sportu, wygląda przyzwoicie. Wyzbyłam się nawyku kupowania niepotrzebnych ubrań na zapas, dzięki czemu moja garderoba jest spójna, a coraz więcej rzeczy pasuje do siebie. Impulsywne zakupy sprzed lat nadal jednak o sobie przypominają, gdy otwieram szafę i wreszcie mogę część z tych ubrań założyć. Wcześniej były za małe lub po prostu źle leżały na osobie z dużą nadwagą.

A wracając do pewności siebie …

Parę tygodni temu miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu, na które zostały zaproszone również osoby, których nie znałam. Po kilku godzinach te osoby (zupełnie inny charakter i tok myślenia, czyli tzw. inna bajka) zaczęły wyciągać wszystkich na tzw. „selfie”. Jako jedyna powiedziałam „nie, nie idę”. Znalazłam w sobie chyba pierwszy raz w życiu na tyle odwagi, aby powiedzieć to co czuję i zachować się tak jak uważam za stosowne. Nie miałam ochoty na robienie sobie zdjęć z pijanymi ludźmi, których zupełnie nie znałam i z którymi nic więcej nie będę miała do czynienia. Tak po prostu. Brawo ja.

Inna sytuacja: poszłam na jednodniowe szkolenie i pierwszy raz w życiu nie zadawałam sobie w myślach pytania: „jak wyglądam na tle tych ludzi”, „chyba się źle ubrałam”, „boję się odezwać, bo głupio” itp. Wreszcie czułam się na tyle pewna siebie, że nie zadręczałam się głupimi pytaniami, słuchałam wykładów i nie unikałam kontaktu wzrokowego z prowadzącymi. Czułam się ze sobą tak po prostu OK.

Nowe ciało = nowa ja?

W tym roku tak po prostu sobie odpuściłam. Idąc koło lustra wreszcie patrzę na siebie przyjaznym okiem. Mam i znajduję czas na sport, gdyż odnajduję pozytywne jego działanie nie tylko na moje ciało ale na moją psychikę. Zresztą cudów nie odkryję pisząc, że aktywność fizyczna ma zbawienne działanie na całego człowieka.

Wielokrotnie zastanawiałam się czy mogłabym osiągnąć taki stan rok temu. Wiem, że nie, ale to jest właśnie moja siła, którą wykorzystałam do zmiany mojego wyglądu i postrzegania świata. W książce, którą obecnie czytam („Siła woli” Kelly McGonigal) opisany jest efekt „do diabła z tym”. Gdy będąc na diecie zjemy kostkę czekolady, ta kostka spowoduje, że zarzucimy cały nasz wysiłek i zamiast skończyć na tej kostce, zjemy do końca całą czekoladę. Po prostu poddamy się. Kto z nas tego nie zna? Sama wielokrotnie rzucałam się wtedy na słodkie „bo i tak z tej diety już nic nie wyjdzie”. I tak mijały lata, a ja dalej tyłam.

Dzisiaj mam do tego nowe podejście. Jedna kostka czekolady nie zepsuje całego mojego założenia zdrowego odżywiania się. Po prostu jest jedną smaczną kostką czekolady i tylko nią. Moje życie nie zawali się, gdy zjem pizzę, wafelka czekoladowego czy loda Magnum. Nie przytyję nagle tych 17 kg i nie zacznę pić znowu gazowanych napojów. Po prostu następnego dnia zwyczajowo zacznę dzień od placków owsianych i wszystko wróci do normy. A co zjedzone to moja przyjemność :-)

I to jest właśnie potęga kobiet po trzydziestce. To chyba ten czas, gdy wreszcie można być pewnym swoich wyborów; gdy ma się na tyle odwagi by realizować marzenia i być pewnym na 100% tego kim się jest.

I na koniec: tatuażu nie mam do dziś. Chyba muszę do niego dojrzeć :-)

Kładąc się spać, czułam się dobrze i wygodnie z decyzją, by dać sobie odetchnąć choćby ten jeden dzień. Nie potrzebowałam niczyjej aprobaty ani wielkoduszności, niczyjego pozwolenia. Nie czułam potrzeby tłumaczenia się z czegokolwiek, usprawiedliwiania i przekonywania kogokolwiek. Zaczęło rodzić się we mnie zdrowe, niezależne wyczucie granic i poczucie własnej wartości.

Chodźmy prawą stroną chodnika – o nie przeszkadzaniu sobie

Gdy obserwuję sobie ludzi i ich zachowania, często przychodzi mi do głowy taka myśl, o ile łatwiej by nam się żyło na co dzień, gdybyśmy tak zwyczajnie sobie nie przeszkadzali. I wcale nie mam na myśli wchodzenie w kąt i udawanie szarej myszki. Raczej świadome działanie i współżycie z ludźmi w tej sposób, aby dla nikogo nie było to męczące.

U mnie w okolicy stworzona została ścieżka pieszo-rowerowa. Jest ona podzielona i jedna strona wyznaczona jest specjalnie dla rowerów. Gdy codziennie chodzę z nią z moim psem, uważam, aby iść po „pieszej stronie”. Skoro jedna część jest przeznaczona dla rowerzystów, niech mają z niej radość i swobodę korzystania. Większość ludzi jednak idzie środkiem i potem szybko odskakują w bok zmuszając rowerzystę do trąbienia i hamowania, do którego nie musiałoby dojść, gdyby pieszy szedł swoją stroną chodnika.

Chodźmy prawą stroną chodnika – o nie przeszkadzaniu sobie
Chodźmy prawą stroną chodnika – o nie przeszkadzaniu sobie

Idąc dalej tym tropem. Przy moim bloku znajduje się piaskownica. Gdy zbliżę się do niej z psem, zostaję od razu zganiona, że przecież nie wolno. Tak, oczywiście, że nie wolno, ale bawić się psu na placu zabaw, a nie na trawce przy chodniku. Z drugiej strony siedzę w domu i słyszę, gdy ta sama kobieta rozmawia przez telefon, a jej głos dochodzi do mnie, aż do czwartego piętra na którym mieszkam. Cały blok słyszy o czym rozmawia. A wystarczyłoby mówić głosem normalnym, który słyszy jedynie osoba po drugiej stronie telefonu. Proste?

Od kilku miesięcy szukam w sobie zachowań, które mogłyby być uznane za zgodne z takim minimalnym stylem życia jaki prowadzę. Czuję się ze sobą dobrze, gdy (czytaj wyżej), chodzę prawą stroną chodnika, nie wchodzę na ścieżki rowerowe, rozmawiając przez telefon zwracam uwagę, aby to nikomu nie przeszkadzało, w sklepie ustawiam wózek z boku, aby każdy mógł podejść do półki i pakuję zakupy już w trakcie kasowania przez kasjerkę, tak aby następna osoba nie musiała na mnie czekać aż się spakuję. Niby drobiazgi, ale jak one ułatwiają funkcjonowanie! Dodałabym do tego parkowanie na jednym wyznaczonym miejscu, sprzątanie po psie (trawniki to nasze wspólne dobro), czy też sprzątanie po sobie w miejscu pracy.

W ostatnich latach na popularności zyskały karty zbliżeniowe. Uwielbiam je choć dla niektórych mogą nie być do końca bezpieczne. Często w sklepie spotykam się z sytuacją, w której kasjerka prosi mnie o kartę, gdy kwota przekroczy 50 zł. Jej argument: „i tak trzeba wpisać PIN”. Jasne, ale wolę to zrobić, gdy już spakuję kartę i zamknę torebkę. Ostatnio musiałam tłumaczyć w kilku sklepach, że pomimo iż muszę wpisać PIN, wolę zapłacić zbliżeniowo, gdyż zaoszczędza to czasu. Pakuję zakupy, w międzyczasie przykładam kartę, chowam kartę i zamykam torebkę, by za chwilę wpisać PIN. W oczekiwaniu na akceptację domykam pakowanie zakupów. Dzięki takiemu zachowaniu szybkiej zwalniam miejsce, aby kolejna osoba mogła zacząć się pakować. Szkoda, że niewiele osób to przekonuje.

Jakkolwiek by to nie brzmiało, lubię te swoje „minimalne” zachowania. Czuję się z tym bardzo OK, wiedząc, że takie proste działania, choć może ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ułatwiają wspólną egzystencję :-)

Domowa kawa mrożona – minimalny przepis

W miniony weekend pierwszy raz w tym roku udało mi się zrobić domową kawę mrożoną. Przyznam szczerze, że musi być naprawdę upalnie, abym miała ochotę na tego typu kawę. Według mnie smakuje jak w profesjonalnej kawiarni, a kosztuje o wiele mniej :-)

Składniki:

– 2 łyżki kawy rozpuszczalnej

– mleko

– amaretto*

– Baileys*

– lód

– Twoje ulubione lody

Sposób przyrządzenia:

Na początek wsypujemy 2 łyżki kawy do szklanki i zalewamy je 100 ml wrzątku. Gdy po około 30 minutach kawa delikatnie się ochłodzi, wkładamy ją do lodówki. Gdy kawa będzie już zimna (zwykle zajmuje to około 2 godzin), przelewamy ją do dużej szklanki. Teraz wlewamy amaretto i Baileys’a według uznania (u mnie około 2 łyżki stołowe każdego z dodatków). Następnie wrzucamy 2 kulki lodu i zalewamy do końca zimnym mlekiem. Na sam koniec wrzucamy do szklanki lody waniliowe**.

Czas przygotowania: w sumie 2 godziny licząc czas na chłodzenie kawy.

Smacznego :-)

* składniki opcjonalne
** moje ulubione
Domowa kawa mrożona
Domowa kawa mrożona

 

Często sobie myślałem, że jesteśmy bratnimi duszami, liżącymi wspólne rany po bolesnej przeszłości. Ofiarowałem mu swoje towarzystwo, jedzenie i ciepłe miejsce, gdzie mógł złożyć głowę do snu, on zaś dał mi w zamian nadzieję i sens życia, w które wprowadził lojalność, miłość i poczucie humoru. Oraz odpowiedzialność, której przedtem nie znałem. Postawił przede mną nowe cele i pomógł spojrzeć na świat innymi oczami.